Kategorie
Funkcje techniczne

Janków Przygodzki: prawomocny wyrok dla kierownika po katastrofie gazowej

Po 12 latach od wybuchu gazu w Jankowie Przygodzkim zapadł prawomocny wyrok dla inżyniera. Dwie ofiary, spalone domy i zakaz pracy.

Najpierw był huk, potem słup ognia i pożar, którego nie dało się opanować przez wiele godzin. 14 listopada 2013 roku Janków Przygodzki pod Ostrowem Wielkopolskim znalazł się w centrum jednej z najgłośniejszych katastrof gazowych ostatnich lat. Wybuch gazociągu zabił dwóch pracowników, ranił kilkanaście osób, zniszczył domy i zostawił po sobie obraz miejscowości, w której zwykły dzień budowy zamienił się w scenę jak po bombardowaniu.

Przez lata ta sprawa wracała głównie jako dramat mieszkańców i symbol ryzyka przy robotach infrastrukturalnych. Dopiero po długim śledztwie, procesie i apelacji zapadło rozstrzygnięcie, które szczególnie mocno powinno wybrzmieć w środowisku budowlanym. 25 września 2025 roku Sąd Apelacyjny w Łodzi utrzymał wyrok wobec inżyniera nadzorującego budowę gazociągu. Wyrok stał się prawomocny.

To nie jest historia o „nieszczęśliwym zbiegu okoliczności”, który zakończył się przypadkowo. To sprawa, w której sąd wskazał konkretnego człowieka, konkretne decyzje na budowie i konkretne skutki. A skutki były dramatyczne: śmierć dwóch osób, 12 rannych, spalone domy, milionowe straty i 10-letni zakaz pełnienia funkcji technicznych w budownictwie.

Co wydarzyło się w Jankowie Przygodzkim?

Do katastrofy doszło podczas budowy nowej nitki gazociągu wysokiego ciśnienia. W pobliżu znajdował się już istniejący gazociąg, wybudowany jeszcze w latach 70. XX wieku. Teren był trudny, ciasny i obciążony ryzykiem, bo prace prowadzono w sąsiedztwie infrastruktury, która nie wybacza błędów.

Według ustaleń przywoływanych w relacjach z procesu, w czasie robót ziemnych doszło do pogłębienia i poszerzenia wykopu. Problem polegał na tym, że prace miały odbiegać od założeń projektowych i dokumentacji technicznej. Wydobyta ziemia była składowana zbyt blisko krawędzi wykopu, tworząc dodatkowe obciążenie gruntu. W efekcie miało dojść do osunięcia ziemi, oddziaływania na stary gazociąg, rozszczelnienia rury i gwałtownego zapłonu gazu.

Skala zdarzenia była ogromna. W płomieniach stanęło 10 domów mieszkalnych i dwa budynki gospodarcze. Ogień był tak silny, że akcja ratownicza wymagała udziału ogromnych sił straży, policji i ratowników. Dla mieszkańców był to dzień, w którym w kilka minut znikał dorobek życia. Dla branży budowlanej – przypadek, który pokazuje, że przy robotach ziemnych obok czynnej infrastruktury technicznej margines błędu może praktycznie nie istnieć.

Jakie przewinienia przypisano inżynierowi?

Na ławie oskarżonych zasiadł Mikołaj K., inżynier nadzorujący budowę gazociągu. Nie przyznał się do winy. Sąd uznał go jednak za winnego nieumyślnego spowodowania katastrofy budowlanej / zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach.

Najważniejsze zarzuty dotyczyły sposobu prowadzenia robót ziemnych. Prokuratura wskazywała na niedostosowanie robót do wymogów projektu i dokumentacji technicznej, niebezpieczne odstępstwa w zakresie szerokości i głębokości wykopu, brak odpowiedniego zabezpieczenia skarp oraz zlecenie nieprawidłowego składowania urobku.

Kluczowy jest tu właśnie „łańcuch” decyzji. Nie chodziło o jedną symboliczną pomyłkę, ale o sekwencję działań, które w warunkach budowy gazociągu wysokiego ciśnienia miały znaczenie krytyczne. Głębszy i szerszy wykop oznaczał więcej wydobytej ziemi. Więcej ziemi oznaczało większy nasyp. Nasyp ułożony zbyt blisko krawędzi oznaczał dodatkowy nacisk na grunt. A grunt pracował w sąsiedztwie starego gazociągu.

Według relacji z uzasadnienia wyroku sądu I instancji, gdy pojawił się problem wymagający zmiany sposobu wykonania robót, należało zwrócić się do inwestora i projektanta o zgodę na rozwiązanie sprzeczne z projektem. Takiej zgody nie było, bo – jak wynika z relacji sądowych – problem nie został odpowiednio zgłoszony. Dla sądu miało znaczenie również to, że przy tego rodzaju pracach kierujący powinien być na miejscu, a w dniu tragedii oskarżony miał pojawić się rano, po czym udać się na inny odcinek.

Projekt, grunt i stary gazociąg: dlaczego to było tak niebezpieczne?

Ta sprawa jest szczególnie ważna dla inżynierów, bo nie sprowadza się do banalnego hasła „trzeba pilnować budowy”. W Jankowie Przygodzkim ryzyko wynikało z połączenia kilku czynników: trudnego terenu, istniejącego gazociągu, robót ziemnych, obciążeń gruntu i odstępstw od przyjętej technologii.

Sąd w pierwszej instancji zwracał uwagę, że stary gazociąg miał własne problemy, w tym historyczne wady związane z wykonaniem i lokalizacją. To jednak nie zdjęło odpowiedzialności z osoby nadzorującej nowe prace. Przeciwnie: trudne warunki oznaczały, że decyzje na budowie powinny być jeszcze ostrożniejsze, bardziej formalne i ściślej oparte na projekcie.

W praktyce budowlanej najgroźniejsze bywają właśnie te sytuacje, które na początku wyglądają jak techniczny detal: trochę głębszy wykop, trochę więcej urobku, trochę inne nachylenie skarpy, trochę ciaśniej niż w projekcie. Przy zwykłej budowie może skończyć się poprawką. Przy gazociągu wysokiego ciśnienia może skończyć się katastrofą.

Jaki wyrok zapadł?

Sąd Okręgowy w Kaliszu skazał inżyniera na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata. Orzekł także 10-letni zakaz pełnienia funkcji technicznych w budownictwie oraz obowiązek zapłaty łącznie 370 tys. zł na rzecz poszkodowanych. Skazany został również zobowiązany do pokrycia kosztów procesu.

Obrona złożyła apelację, ale 25 września 2025 roku Sąd Apelacyjny w Łodzi utrzymał wyrok w mocy. To oznacza, że po prawie 12 latach od tragedii sprawa zakończyła się prawomocnym skazaniem. Skazanemu przysługuje już tylko nadzwyczajna ścieżka w postaci kasacji do Sądu Najwyższego.

W wymiarze zawodowym najdotkliwszy może być nie tylko sam wyrok karny, ale także zakaz wykonywania funkcji technicznych. Dziesięć lat poza kierowaniem robotami lub nadzorowaniem prac budowlanych to dla inżyniera faktyczne wyłączenie z części rynku, na którym budował swoją pozycję zawodową.

Podstawa prawna: za co odpowiada kierownik?

W tle sprawy pojawia się przede wszystkim odpowiedzialność za sprowadzenie zdarzenia powszechnie niebezpiecznego. Art. 163 Kodeksu karnego obejmuje m.in. pożar, eksplozję, gwałtowne wyzwolenie energii albo zdarzenie zagrażające życiu lub zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach. W przypadku działania nieumyślnego i skutku w postaci śmierci człowieka lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu wielu osób kodeks przewiduje surową odpowiedzialność.

Po stronie prawa budowlanego istotne są obowiązki kierownika budowy wynikające z art. 22 Prawa budowlanego. Kierownik ma zorganizować budowę i kierować nią zgodnie z projektem, pozwoleniem, przepisami techniczno-budowlanymi oraz zasadami bezpieczeństwa i higieny pracy. Ma też prowadzić dokumentację budowy i koordynować działania zapobiegające zagrożeniom bezpieczeństwa i ochrony zdrowia.

Ten przepis w takich sprawach przestaje być formalnością z ustawy. Staje się osią odpowiedzialności: kto miał kierować, kto miał reagować, kto miał zatrzymać lub skorygować roboty, kto miał zgłosić problem projektantowi i inwestorowi, kto miał dopilnować, aby budowa nie wymknęła się poza dokumentację.

Dlaczego ta sprawa jest tak mocna dla branży?

Bo pokazuje, że odpowiedzialność kierownika lub inżyniera nie kończy się na podpisie w dokumentach i obecności „od czasu do czasu”. Przy robotach wysokiego ryzyka sąd będzie patrzył na realne decyzje: co zrobiono, czego nie zgłoszono, gdzie składowano materiał, jak zabezpieczono wykop, czy odstępstwo od projektu zostało formalnie uzgodnione i czy osoba odpowiedzialna była tam, gdzie powinna być.

Janków Przygodzki to również sprawa o czasie. Katastrofa wydarzyła się w 2013 roku, akt oskarżenia trafił do sądu w 2018 roku, pierwszy wyrok zapadł w 2024 roku, a prawomocne rozstrzygnięcie w 2025 roku. Dla poszkodowanych to dwanaście lat oczekiwania. Dla skazanego – dwanaście lat życia ze sprawą karną, która ostatecznie zakończyła się wyrokiem, zakazem zawodowym i finansowymi konsekwencjami.

Najmocniejszy wniosek z tej historii jest prosty i niewygodny: w budownictwie wielka katastrofa nie zawsze zaczyna się od wielkiej decyzji. Czasem zaczyna się od wykopu, skarpy i urobku odłożonego tam, gdzie nie powinien leżeć.

Materiały na egzamin

Sprawdzone pomoce, z którymi ponad 53 000 osób zdobyło uprawnienia budowlane

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *