Uprawnienia elektryczne, potocznie nazywane „SEP”, przez lata miały być potwierdzeniem, że dana osoba posiada kwalifikacje do pracy przy urządzeniach, instalacjach i sieciach elektroenergetycznych. W teorii brzmi to poważnie. W praktyce coraz częściej wygląda jak formalność, którą można załatwić szybko, wygodnie i bez większego wysiłku.
Dziś bez trudu można znaleźć oferty kursów i egzaminów online. Część firm reklamuje zdobycie świadectwa kwalifikacyjnego nawet w jeden dzień. Kandydat zapisuje się na szkolenie, opłaca egzamin, łączy się zdalnie z komisją i po krótkiej rozmowie otrzymuje dokument.
Trudno więc nie zadać pytania: czy uprawnienia, które można zdobyć w tak prosty sposób, nadal realnie potwierdzają kwalifikacje?
Czym właściwie są uprawnienia elektryczne?
Na początek trzeba uporządkować pojęcia. Potoczne „uprawnienia elektryczne” lub „uprawnienia SEP” to formalnie świadectwa kwalifikacyjne dla osób zajmujących się eksploatacją urządzeń, instalacji i sieci elektroenergetycznych.
W tym artykule chodzi przede wszystkim o grupę G1, czyli urządzenia, instalacje i sieci elektroenergetyczne.
Do tego dochodzi podział na:
- E, czyli eksploatację,
- D, czyli dozór.
W teorii taki dokument powinien potwierdzać, że osoba ma wiedzę i kwalifikacje do wykonywania albo nadzorowania określonych prac przy instalacjach elektrycznych. W praktyce jednak rynek mocno obniżył rangę tych świadectw.
Uprawnienia w jeden dzień
Największy problem polega na tym, że zdobycie uprawnień elektrycznych stało się wyjątkowo łatwe. Na rynku funkcjonuje wiele firm oferujących szybkie kursy i egzaminy online. Kandydat nie musi jechać do komisji, nie musi przechodzić długiego procesu przygotowania, a całość często zamyka się w bardzo krótkim czasie.
Formalnie egzamin nadal istnieje. Najczęściej ma formę ustną. Ale w praktyce, przy wielu ofertach rynkowych, trudno mówić o realnym, wymagającym sprawdzeniu kompetencji. Zdawalność bywa przedstawiana jako niemal pewna. W branży funkcjonuje przekonanie, że jeżeli kandydat już przystąpi do egzaminu, to prawdopodobieństwo uzyskania świadectwa jest bardzo wysokie, często określane wręcz na poziomie około 99%.
Nie oznacza to, że każda komisja działa nierzetelnie. Problem jest szerszy. Chodzi o model, w którym kwalifikacje zaczynają funkcjonować jak produkt: szybki kurs, szybki egzamin, szybki dokument.
Komisje, rynek i pieniądze
Świadectwa kwalifikacyjne są wydawane po egzaminie przed komisją kwalifikacyjną. Kandydaci płacą za egzamin, a obok tego działa cały rynek kursów przygotowawczych, pakietów szkoleniowo-egzaminacyjnych i ofert online.
W efekcie powstaje naturalne napięcie. Z jednej strony świadectwo ma potwierdzać kwalifikacje. Z drugiej strony procedura egzaminacyjna stała się elementem rynku, na którym liczy się liczba kandydatów, wygoda, szybkość i dostępność.
Im prostsza procedura, tym więcej chętnych. Im więcej chętnych, tym większy obrót. A kiedy dokument staje się zbyt łatwy do zdobycia, jego wartość zaczyna spadać.
Państwo próbowało ratować sytuację w 2022 roku
Ustawodawca dostrzegł problem. Od 2 lipca 2022 r. obowiązuje rozporządzenie Ministra Klimatu i Środowiska z dnia 1 lipca 2022 r. w sprawie szczegółowych zasad stwierdzania posiadania kwalifikacji przez osoby zajmujące się eksploatacją urządzeń, instalacji i sieci.
To rozporządzenie, opublikowane jako Dz.U. 2022 poz. 1392, wprowadziło ważny wymóg: osoba przystępująca do egzaminu powinna przedstawić dokument potwierdzający posiadanie wiedzy albo przygotowania zawodowego.
W praktyce może to być między innymi dyplom, świadectwo szkoły, świadectwo kwalifikacji zawodowej, certyfikat kwalifikacji zawodowej, świadectwo czeladnicze, świadectwo mistrzowskie albo zaświadczenie od pracodawcy.
Wymóg ten wynika przede wszystkim z § 6 oraz § 7 rozporządzenia. Do wniosku o sprawdzenie kwalifikacji dołącza się kopię dokumentu potwierdzającego wiedzę lub przygotowanie zawodowe.
Na papierze wygląda to jak próba uszczelnienia systemu.
Problem w tym, że furtka została szeroko otwarta
Nowe przepisy nie wskazują jednak jasno, jakie kierunki wykształcenia są właściwe dla uprawnień elektrycznych G1. Nie ma prostego mechanizmu w stylu: dla określonego zakresu świadectwa wymagany jest konkretny zawód, konkretna szkoła albo konkretny kierunek.
Zamiast tego mamy szeroki katalog dokumentów. Co więcej, jeżeli kandydat nie ma kierunkowego wykształcenia, może przedstawić zaświadczenie od pracodawcy potwierdzające doświadczenie zawodowe i staż pracy umożliwiające nabycie umiejętności w zakresie eksploatacji urządzeń, instalacji i sieci.
I właśnie tutaj pojawia się problem. Państwo próbowało podnieść próg wejścia, ale zrobiło to miękko. Zamiast twardego wymagania konkretnego wykształcenia albo precyzyjnie opisanej praktyki, dopuszczono potwierdzenie doświadczenia przez pracodawcę.
W efekcie ciężar weryfikacji w dużej mierze przesuwa się poza komisję. Komisja otrzymuje dokument, ale nie zawsze ma realne narzędzia, aby sprawdzić, czy doświadczenie kandydata rzeczywiście odpowiada zakresowi świadectwa, o które się ubiega.
Elektryk z dokumentem nie zawsze oznacza fachowca
Skutek jest taki, że świadectwo kwalifikacyjne coraz częściej pełni rolę minimum formalnego. Jest potrzebne, bo wymagają go przepisy, pracodawca, procedury BHP albo dokumentacja. Ale sam fakt posiadania dokumentu nie daje jeszcze pewności, że dana osoba potrafi fachowo i bezpiecznie wykonać konkretne prace.
To bardzo ważne z punktu widzenia inwestora.
Osoba zlecająca prace elektryczne widzi dokument i zakłada, że ma do czynienia z fachowcem. Formalnie wszystko wygląda poprawnie: świadectwo jest ważne, zakres się zgadza, wykonawca może przystąpić do pracy. Problem polega na tym, że dokument nie gwarantuje jakości wykonania robót.
Nie mówi, czy dana osoba ma realne doświadczenie. Nie pokazuje wcześniejszych realizacji. Nie potwierdza staranności, odpowiedzialności ani praktycznej umiejętności rozwiązywania problemów na budowie. Nie daje inwestorowi pewności, że wykonawca prawidłowo dobierze zabezpieczenia, wykona pomiary, oceni stan instalacji albo przewidzi skutki błędów.
Świadectwo kwalifikacyjne potwierdza przejście procedury. Nie jest gwarancją fachowości.
Presja na stawki i wyścig do najniższej ceny
Dewaluacja uprawnień elektrycznych ma też drugi skutek: presję na wynagrodzenia.
Jeżeli dokument można zdobyć szybko, tanio i przy bardzo wysokiej zdawalności, bariera wejścia na rynek znacząco spada. Coraz więcej osób formalnie może wykonywać prace, chociaż ich rzeczywisty poziom wiedzy i doświadczenia bywa bardzo różny.
Efekt jest łatwy do przewidzenia. W zapytaniach ofertowych i przetargach coraz częściej wygrywa cena. Wykonawcy prześcigają się w tym, kto zrobi taniej, bo dla wielu inwestorów wszyscy wyglądają podobnie: każdy ma dokument, więc każdy „może robić elektrykę”.
W takim systemie dobry fachowiec konkuruje z osobą, która ma taki sam papier, ale niekoniecznie te same umiejętności. To zaniża wartość pracy specjalistów i prowadzi do niebezpiecznego uproszczenia: skoro wszyscy mają uprawnienia, to wygra najtańszy.
Na końcu traci na tym nie tylko dobry wykonawca. Traci również inwestor, bo niska cena bardzo często oznacza większe ryzyko błędów, poprawek, awarii i problemów eksploatacyjnych.
Czy taki sam los czeka uprawnienia budowlane?
Na pierwszy rzut oka uprawnienia budowlane nadal są znacznie trudniejsze do zdobycia niż świadectwa kwalifikacyjne G1. Wymagają odpowiedniego wykształcenia, praktyki zawodowej, postępowania kwalifikacyjnego oraz egzaminu pisemnego i ustnego. Są też powiązane z wykonywaniem samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie, a więc z realną odpowiedzialnością zawodową.
Ale to nie znaczy, że system jest odporny na stopniową dewaluację.
Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było złagodzenie sposobu dokumentowania praktyki zawodowej. Od 2014 r. zrezygnowano z dotychczasowej książki praktyki zawodowej jako podstawowego dokumentu dla nowych praktyk. Wcześniej kandydat musiał prowadzić szczegółową książkę praktyki, która była rejestrowana w izbie. Wpisy w książce dokumentowały przebieg praktyki, rodzaj wykonywanych czynności oraz udział przy konkretnych robotach lub projektach.
Po zmianach wprowadzonych rozporządzeniem Ministra Infrastruktury i Rozwoju z 11 września 2014 r. w sprawie samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie praktyka odbywana od 25 września 2014 r. zaczęła być potwierdzana przede wszystkim oświadczeniem osoby kierującej praktyką oraz zestawieniem praktyki. Obecne przepisy również opierają się na tym modelu.
To oznacza, że kandydat nie musi już przed rozpoczęciem praktyki rejestrować książki w izbie i prowadzić jej w dawnej, szczegółowej formule. Z jednej strony uprościło to formalności. Z drugiej strony osłabiło bieżącą kontrolę nad tym, jak praktyka jest dokumentowana i czy rzeczywiście odpowiada zakresowi uprawnień, o które ubiega się kandydat.
Drugim problemem jest egzamin. Formalnie nadal składa się z części pisemnej i ustnej, a część ustna powinna sprawdzać praktyczne stosowanie wiedzy technicznej oraz umiejętność posługiwania się przepisami. W praktyce jednak od kilku lat w środowisku coraz częściej pojawia się zarzut, że wymagania egzaminacyjne są stopniowo łagodzone, a sam egzamin staje się bardziej przewidywalny i mniej selekcyjny.
Jeżeli egzamin zacznie być postrzegany głównie jako procedura do przejścia, a praktyka zawodowa jako dokument do zebrania, uprawnienia budowlane mogą pójść tą samą drogą co uprawnienia elektryczne. Najpierw dokument będzie nadal formalnie wymagany. Potem zacznie mieć coraz mniejszą wartość jako realny dowód kwalifikacji.
I to jest największe ryzyko. Nie chodzi o to, żeby sztucznie blokować dostęp do zawodu. Chodzi o to, żeby uprawnienia budowlane nadal odróżniały osobę rzeczywiście przygotowaną od osoby, która jedynie spełniła minimum formalne.
Najważniejsza lekcja dla uprawnień budowlanych
Rynek uprawnień elektrycznych pokazuje, co dzieje się wtedy, gdy dokument staje się zbyt łatwy do zdobycia. Spada jego wartość, rośnie konkurencja cenowa, a inwestor coraz częściej nie wie, czy zatrudnia fachowca, czy tylko osobę posiadającą formalny papier.
I właśnie tego powinien unikać system uprawnień budowlanych.
Uprawnienia tracą wartość nie wtedy, gdy ma je dużo osób. Tracą wartość wtedy, gdy przestają być dowodem kwalifikacji, a stają się tylko potwierdzeniem, że ktoś zapłacił, zapisał się i przeszedł przez procedurę.
Dlatego w budownictwie szczególnie ważne jest pilnowanie jakości praktyki zawodowej, poziomu egzaminu ustnego i realnej odpowiedzialności osób, które uzyskują prawo do wykonywania samodzielnych funkcji technicznych.
Bo w budownictwie papier nigdy nie powinien być ważniejszy od rzeczywistych umiejętności.
Materiały na egzamin
Sprawdzone pomoce, z którymi ponad 53 000 osób zdobyło uprawnienia budowlane
Egzamin testowy
Egzamin testowy
Egzamin ustny
Akty prawne
Pytania ustne
Praktyka




